cichy-blog


Księga gości


O mnie

Dodaj do ulubionych

Archiwum
2004
czerwiec (4)
lipiec (4)
sierpien (4)
wrzesień (1)
październik (4)
listopad (2)
grudzień (2)

2005
styczeń (1)
luty (1)
marzec (1)
kwiecień (2)
maj (3)
czerwiec (2)
lipiec (1)
wrzesień (2)
październik (3)
listopad (4)
grudzień (3)

2006
styczeń (1)
luty (2)
marzec (3)
kwiecień (2)
maj (4)
czerwiec (1)
lipiec (2)
sierpien (1)
wrzesień (1)
październik (1)
listopad (1)

2007
styczeń (1)
luty (1)
marzec (2)
kwiecień (3)
maj (1)
sierpien (1)
październik (1)
listopad (1)
grudzień (1)

2008
luty (1)
czerwiec (1)



Linki
DzIcY & NiE-dZiCy :D
ßeta :]
Ciepełko
Mafija :D
Martuśka
Skarpetka :P
Wyimaginowany
Żyr

DuPeReLkI ;]
Moja Przyszła Psinka (plakat)
Sisty Przyszła Psinka (plakat)

FoTkI iNnYcH
Trapezik
Seba Tu
Tosia
Seba


Ulubieni?
jesteś gościem






moon phase

†††
Design by BlackEngel
Picture by Tapety
All rights reserved
:76: małe podsumowanko >> piątek, 13 czerwca 2008 18:44:24
I już po ostatniej proseminarce, po egzaminach (właściwie jednym jedynym w całym roku.. to lubię ;) ), po zajęciach, ale stres jeszcze nie minął. Wszyscy czekają na sławetny obóz, na którym kadra nie ma litości nad uczestnikami, burza czy upał, wszyscy mają stawić sie na zajęciach: w wodzie, w lesie, na kajaku czy na łódce, a wykrętów nie ma. No i trzeźwym też by należało być, żeby dało się przetrwać zajęcia od 7 do 20. No ale to wszystko przede mną, na razie nie ma co się martwić ;].

Za to martwią mnie moje sny, dziwne, abstrakcyjne, niby erotyczne, ale z nieodpowiednimi osobami :P. No i od kiedy można śnić jeden sen przez całą noc przerywany pobudkami? Jakim cudem mi się to udało tego nie wiem. Za to to był jeden z moich najdziwniejszych snów, ale opowiadać go nie będę, gdyż mało osób by on zainteresował ;).

A co do rzeczywistości, to w końcu nowy samochód stoi pod klatką, będę miała się czym rozbijać jak zdam prawko (o ile w ogóle zapiszę się na kurs, jakoś nie ma czasu się rozejrzeć za dobrym miejscem).
Kaśki i Marcina ślub też już się odbył, film obejrzany (tak na przypomnienie), zdjęcia obejrzane (jedyne czego nie pamiętam to zdjęcia z szaszłykiem - kilka dni wcześniej twierdziłam, że w ogóle nie wiedziałam, że szaszłyki były.. :P). Ogólnie uroczystość, a raczej wesele przednie, ciężko teraz będzie pobić taką kapelę na którymś z przyszłych ślubów. A szykują się 2 w następnym roku - Elizy i Sisty :) no i jeszcze może na jeden zostanę zaproszona, ale na razie nic nie wspominam, żeby nie było że się narzucałam ;). W każdym razie mogę dać ogłoszenie, że szukam partnera na owe weselicha :P Mam nadzieję, że tym razem nie będzie żadnych naprzykrzających się "Wieśków" i tym podobnych.

Co by tu jeszcze.. ach, no tak, podczas gdy ja się bawiłam na ślubie, w moim pokoju było wielkie malowanie, a po powrocie tydzień (!) sprzątania.. kto to słyszał... No ale pokój doprowadzony do porządku, jeszcze trzeba wprowadzić kilka typowo dizajnerskich zmian, coby nabrał jakiegoś kształtu (niestety zieleń nie wyszła już taka groszkowo-słoneczna, jak była kiedyś, tak więc siła w dodatkach).

No a tak poza tym to pełno mało ważnych spraw, czyli normalna codzienność. Jedyne co się zmieniło od jakiegoś czasu to to, że w końcu mogę usiąść i poczytać normalną, zwykłą, nienaukową książkę (pochłaniam właśnie drugą z kolei, a apetyt mam wielki) :). Dobrze że Siostra się ostatnio często zaopatrza w nowości :]. No i czeka mnie jeszcze kilka wypadów do kina. Tak więc miło się to wszystko zapowiada, o ile... no ale to już nie moje życie, aczkolwiek się przejmuję.

A sędzia to ch**! (kto oglądał wczorajszy mecz Polska - Austria ten wie o co cho)
komentarze [0]

:75: . >> niedziela, 24 lutego 2008 14:45:27
Hmmm "Harry Potter" skończony... aż się tak smutno zrobiło. I mam nieodpartą chęć zacząć czytać wszystkie 7 części od początku. Ale trzeba się uczyć, nie ma teraz czasu na książki. Jedyne pocieszenie to to, że jeszcze filmy będą kręcić, a ja na każdą następną część postaram się zawitać w kinie. Ale i tak jakoś tak smutno. Trochę to głupie, ale ja uważam, że ta seria ma w sobie coś magicznego i to nie działa tylko na mnie. W moim wypadku to jest jedyna książka, która za pierwszym czytaniem zajmuje wszystkie myśli i spać nie trzeba, nawet się nie chce (owszem, jak jest ciekawa książka, to też potrafi wciągnąć, ale chyba nie aż tak..). Jakiś fenomen. No i się skończył...

A tak poza tym.. Muszę przyznać, że droga z Olsztyna do Olsztynka jest bardzo ciekawa. Nie obfituje w atrakcje, ale dla mnie, duszy wrażliwej na piękno przez 3 tygodnie jeżdżenia w tę i z powrotem codziennie była inna. Pamiętam, pierwszego dnia obserwowałam wschód słońca spod zachmurzonego nieba. Tylko horyzont był czysty. I było biało.. i grał Mozart. I to wszystko tak ze sobą współgrało, że łapało za serducho. Innym razem niebo było pięknie fioletowe.. A pod koniec była taka ciepła, mleczno-biała, puchowa mgła, w taką można było się zanurzyć i śnić... A to wszystko w połączeniu z wygodnymi, obszernymi fotelami w samochodzie pana Topora sprawiało, że chciało się tak jechać i tej podróży nie kończyć... Może lepiej nie zdawać prawka jazdy, bo wtedy nie będę mogła podziwiać widoków siedząc za kierownicą.. a to jest najprzyjemniejsze z całej podróży. Dlatego tak lubię pociągi, które mają wielkie okna.

A do tego tęsknię.. i nie mogę się skupić na nauce.. i będzie pewnie coraz gorzej.. Ale dam radę.. jak mi pomożesz :*
komentarze [1]

:74: tak o wszystkim >> niedziela, 9 grudnia 2007 16:52:28
Tak w ramach nadrobienia...
28 listopada założyłam aparat... Na razie tylko połowa, babka się nie spieszy, zresztą góra to tylko rzecz rozprostowania, nie zajmie to wiele czasu ;]. Boleć już nie boli, na szczęście :) chociaż na początku też wcale jakoś masakrycznie, jak się spodziewałam, nie było. Ale trzeba przyznać, że uwierało. Teraz się prawie nie czuje :). Co najważniejsze: Święta nie będą oznaczały wyjazdu z zapasem jogurcików :D
Szkoda że nie mam laptopa, wczoraj w nocy, gdy nie mogłam zasnąć, tyle myśli mi się w głowie kłębiło, które chciałam tu przelać, a teraz jak zwykle pustka... Ale to normalka, nigdy nie chce mi się sięgnąć po ciemku po kartkę, w nieuzasadnionej i naiwnej nadziei że zaraz zasnę, a rano wszystko będę pamiętała..
Siostrze sąsiad podłącza się nielegalnie do skrzynki z prądem... W końcu się wyjaśniło, czemu kilka miesięcy temu kłódka została zerwana... Niezbyt miła perspektywa takiego kumoterstwa, ale miejmy nadzieję, że te źle architektonicznie zbudowane okna runą szybciej niż to wszyscy przypuszczają i albo będzie musiał zbudować dom od nowa, albo przynajmniej na trochę się będzie musiał wyprowadzić. Absolutnie nie mam zamiaru projektować siostrze ogrodu po to, żeby pies sąsiadów wszystko tam wygrzebał jakimś cudem. Wrodzy mojej siostry są moimi wrogami.
A propos wrogów.. (tylko tak a propos, o wrogach mowy nie będzie) Czemu ludzie nie są ze sobą szczerzy i mówią, że uważają tak, że taki jest ich pogląd, a myślą i robią inaczej? Nawet przyjaciele, po których, o dziwo, spodziewałoby się szczerości...
Dobra, koniec tych smętów. Dostałam stypendium :). 200zł miesięcznie :). Co prawda wpływa na moje konto, ale ogólnie należy do rodziców, bo tak sobie postanowiłam. Chociaż i tak część z tego ogółu, który się nazbiera pójdzie na dofinansowanie mojego przyszłego laptopa (w sumie póki co mi się z nim nie spieszy, niezbędny nie jest, a im dłużej będę zwlekać tym większe szanse na niższe ceny ;) ). A kasa na czarną godzinę zawsze się przyda .
Kolejny smęt (niestety, przypomniało się). Czuję się bezradna. W ogóle dopadła mnie jakaś taka dziwna melancholia. Do tego codziennie gdybym mogła, wstawałabym o 10, 11, a i tak o tej porze jest mi ciężko zwlec się z łóżka. Rozumiem, mam tak zawsze w wakacje, ale w roku szkolnym? To wszystko przez taki plan zajęć, jaki mam. Ciężko potem będzie się wziąć w karby i zacząć codziennie wstawać o 6tej (bo tego mogę się spodziewać od ferii). Miejmy nadzieję, że to wszystko przez to niskie ciśnienie, które panowało nad naszym krajem przez ostatni tydzień. Oby tylko to nie było chorobliwe lenistwo. Do świąt postaram się wstawać codziennie o 8mej (no chyba, że trzeba będzie podnieść się wcześniej). Potem pewnie sobie trochę pofolguję (i znowu dłuuuga przerwa świąteczna i znowu się rozleniwię. i jaki to ma sens?).
A teraz coś na przezwyciężenie smętów: Stabbbiątko me Najdroższe ma zdrowe kolana :) przeciążone bo przeciążone, ale nawet mi jedno strzyka i biegać już nie mogę (głupia ambicja). Jeszcze tylko przydałoby się pojechać do Topora (mojego wspaniałego faceta od Kinezy) coby dowiedzieć się czego unikać, a potem postarać się o nową pracę :>
No, trochę lepiej :)
Potrzebuję książek!! Albo znowu przeczytam serię "Ani z Zielonego Wzgórza" żeby ponownie siebie tam odnaleźć :)
A 25/26 stycznia wychodzi ostatnia część Harry'ego Pottera :>

Aaaaa, jeszcze mi się przypomniało :D otóż LATAŁAM :D :D :D może tak nie do końca, bo bujałam się tylko w ramach UGULowej klatki, ale fajnie było :D Dla niewtajemniczonych byłam podwieszona na linkach w poziomie na plecach i się tak bujałam i mogłam machać nogami i rękami i w ogóle :)) super uczucie :D i taki stan nieważkości :)
komentarze [1]

:73: 1 listopada >> czwartek, 1 listopada 2007 18:06:26
Najchętniej zmieniłabym datę Święta Zmarłych i Zaduszek. Nie wiem właściwie dlaczego są one akurat teraz ale myślę że z tym pomysłem zgodzę się nie tylko ja.

Pomyślałam o tym dzisiaj obchodząc z rodzicami cmentarz w Szczytnie i przyglądając się grobom i ludziom. Chodzi mi tu głównie o pogodę. Jest szaro, brudno, zimno. Każdy stawia znicz, wiązankę (sztucznych, bo żywe by długo nie przetrwały, więc po co w ogóle?) kwiatów, wymówi tradycyjną regułkę i biegnie do następnego grobu myśląc o ciepłej herbatce w rękach i kocu na zmęczonych, zziębniętych nogach. A czyż nie chcielibyśmy tego dnia spędzić na myśleniu o tych osobach, które odwiedzamy, o tym ile dla nas znaczą i co dla nas zrobiły? Czy nie chcielibyśmy w spokoju przystanąć i przyjrzeć się zdjęciu na nagrobku i powspominać, może nawet usiąść i pobyć "przy" ludziach wciąż nam bliskich? Uwolnić myśli nie przejmując się tym co dzieje się dookoła? Niestety jesteśmy tak stworzeni, że fizjologia to ważna część naszego życia i jest nam zbyt zimno żeby móc w spokoju rozwinąć skrzydła rozumu.

Drugą rzeczą jest procesja. Idzie ona przez cmentarz rozgłaszając na wszystkie strony stacje (nawet nie wiem której części, wybaczcie) drogi krzyżowej. Czemu ma to służyć? Jeśli chcemy oddać hołd wszystkim zmarłym, postawmy po prostu znicz na jednym z wielu zapomnianych grobów, zamiast iść spacerkiem i powtarzać regułki o wiecznym spoczywaniu. Chyba to co mamy w sercach, a nie na ustach, jest najważniejsze, a pomodlić się o otworzenie bram zmarłym i szczęśliwym życiu wiecznym można we własnej głowie, spacer przez cmentarz w niczym raczej tu nie pomoże. Ok, może jestem ignorantką i zamiast wsłuchiwać się w to co mówi ksiądz między stacjami żeby dowiedzieć się jaki ma to sens, skanowałam wiek ludzi uczestniczących w procesji żeby wyciągnąć z tego jakieś wnioski. Niestety to drugie też mi się nie udało, mój wzrok zaczął krążyć po otaczających mnie grobach.

Tak w ogóle cmentarze to bardzo ciekawe miejsce. Np. obok grobu mojego dziadka jest jeden taki duży, zmurszały. Podeszłam do niego, ponieważ chciałam się przyjrzeć. Leży tam para ludzi, mężczyzna starszy od kobiety o 17 lat, zmarł 6 lat po jej śmierci. Czy było to małżeństwo, a może rodzeństwo? Co ich łączyło? Czy zależało im żeby leżeć tak blisko siebie nawet po śmierci? Jak żyli? Jak umarli? Czy ich pobyt tutaj był szczęśliwy? Naprawdę, życie ludzkie, jakie by nie było, jest niezwykle ciekawe i potrafi zadać wiele bardziej nurtujących pytań. Co mieliby nam do powiedzenia gdyby można było z nimi teraz porozmawiać?

Jeszcze jeden grób zrobił na mnie wrażenie. Wczoraj, gdy byłam na Dywitach z Betą i jej bratem. Poszliśmy na nową część cmentarza do ich wujka. Gdy wracaliśmy zauważyłam na czarnym nagrobku tak jakby półeczkę, na której stały porcelanowe figurki aniołów. Okazało się, że jest to tył grobu, z przodu był wnękowy nagrobek, biały kamień. Co najbardziej przykuło moją uwagę, to ławeczka stojąca obok, a na niej duży miś (taki, o którym marzy większość dzieci), a obok niego pluszowy kwiatek z niebieskimi płatkami. Zaintrygowało mnie to, podeszłam więc bliżej. Wczytałam się w napis, dziewczyna zmarła 3 lata temu mając 16 lat. Na nagrobku stało wiele różnych drobiazgów, m.in. mała doniczka ze zwisającymi z niej tasiemkami zakończonymi serduszkami, wstążki i jeszcze więcej figurek. Przed nim stały wielkie znicze w kształcie serc. A w jednym rogu wisiała kartka na 19te urodziny... (dalej nie wiem co pisać, nie wiem co o tym myśleć, niech każdy dojdzie do własnych wniosków)

A ja chcę jeśli już być pochowana w Dywitach. Jest to naprawdę ładny cmentarz, zadbany, i drzewa tam jakoś tak inaczej, piękniej rosną. I są łąki. I chcę być skremowana. Mieć małą płytę nagrobną, białą albo czarną (w żadnym wypadku z szarego kamienia). A w trawie przed płytą niech kwitną stokrotki...
:)
komentarze [2]

:72: >> poniedziałek, 1 października 2007 20:34:12
No i zaczął się październik. Mój ulubiony miesiąc. Ale nie tylko dlatego, że już niedługo moje urodziny ;).
Niedawno skończyły się (przynajmniej jak na ten rok) wakacyjne wyjazdy do Leman. Ostatnio podczas jednej z imprez, a raczej po, usłyszałam znowu coś i chciałam się na ten temat wypowiedzieć.
Dlaczego kogoś, kto nie chce mieć dzieci uznaje się za niedojrzałego psychicznie? Co jedno ma do drugiego? Jeśli ktoś nie lubi po prostu dzieci (i z tego też powodu nie chce ich mieć) to nie jest kwestia dojrzałości tylko charakteru. Po drugie nie zawsze trzeba być gotowym. Istnieją również kwestie finansowe, mieszkaniowe. Tu oczywiście każdy może powiedzieć, że dziecko to tak wielki dar, że nic innego się nie liczy. Ale jeśli ktoś jest dość rozsądny to przyzna mi rację. Ale czemu nie można po prostu nie lubić dzieci, nie widzieć w nich tych małych rączek i wszystkiego innego czym inni się zachwycają? Czemu nie można się bać, że nie będzie się dobrym rodzicem, żeby nie zostać posądzonym o niedojrzałość? Ja np. nie miałabym bladego pojęcia co z takim dzieckiem robić. Od zapewniania mu wszelkich potrzeb fizjologicznych i fizycznych do zwykłej zabawy. Nawet nie lubię zbytnio trzymać dzieci na rękach. I tu dojrzałość nic nie zmieni.

Zresztą nieważne, ile ludzi, tyle poglądów...

Październik październikiem, ale miesiąc niezbyt pięknie mi się zaczął... Odebrałam dzisiaj rano telefon od opiekunki samorządu że wczoraj zginęła w wypadku nasza koleżanka. Szok wielki i jak zwykle pytania typu "dlaczego?". Mimo rocznej pracy w samorządzie nie miałam wielu okazji by poznać Kamilę. Na początku wręcz się jej trochę obawiałam, bo miała dość srogie podejście do ludzi. Dopiero na juwenaliach poznałam ją lepiej i okazała sie naprawdę miłą dziewczyną. Mój obraz tej osóbki (jakkolwiek skromny, bo tak naprawdę mało z nią przebywałam) zupełnie się zmienił. Wiedziałam że jest to osobą ambitną, ale dopiero na imprezie zobaczyłam, w jak wielkim stopniu. Inteligencji też nie można było jej odmówić. 5tki z egzaminów nawet u najsroższych profesorów też mówią same za siebie. Piękna dziewczyna, która (możliwe też że dzięki studiom na Kosmetologii) potrafiła to piękno podkreślić w odpowiedni sposób. Mówiliśmy na nią czasami Adolfina, bo jako jedyna na nas krzyczała, ale tylko po to, żeby przypomnieć po co tu jesteśmy i żebyśmy otrząsnęli się z zadumy i zaczęli działać. No i jej zaangażowanie w pracę i sposób prowadzenia wszelkich konkursów... Już na 3cim roku studiów składano jej oferty pracy z wielu firm. Gdy patrzy się na taką osobę, do głowy przychodzi jedno zdanie "Ja nigdy taka nie będę". Dziewczyna naprawdę godna podziwu.

Czy człowiek nie umiera dla nas dopiero wtedy, gdy dowiemy się że już go z nami nie ma albo gdy stracimy wszelką nadzieję?


A potem kupiłam płaszcz...
komentarze [1]

:71: srutututu >> piątek, 3 sierpnia 2007 19:02:36
No tak, wszyscy mi wypominają, że bloga porzuciłam ;)
A ja po prostu nie mam o czym pisać. Jestem szczęśliwa, jak chyba jeszcze nigdy w życiu przez tak długi czas i każdy wie, dzięki komu :). Pogoda na wakacje jaka jest każdy widzi.

W sumie zbierałam się od jakiegoś czasu, ale każde wydarzenie troszkę większe dałoby się opisać jednym zdaniem. Np. "Shrek Trzeci" - świetna część, warto iść do kina :P. Co do filmów to mam co nadrabiać i do tego najlepiej byłoby być na bieżąco, a o to trochę trudno, szczególnie jeśli chodzi o finanse i jeśli jest się taką Siędką która pracy nie znalazła ;).
Bety tu ni ma (dopiero teraz przyjeżdża), do Gdańska miałam się wybrać kilka razy, ale ciągle coś wyskakiwało (Dni i Noce Szczytna hihihi :D, szkoda tylko że bez Dziary, ale raczej własna siostra nie miałaby ochotę popatrzeć na moje prawie nagie ciałko ;), a Doda nie dość, że się stroiła ponad pół godziny to po Kukizie w ogóle jej słychać nie było ani widać co gorsza :P; praca Bety na Beach Party - tylko pozazdrościć). Tak więc póki co widywałam się z Madzikiem i bardzo dobrze :)

Aaaa no i wyjazd do Władysławowa (trochę od końca lecę) na rocznicę mojego (naszego) cudownego związku :))))) Zaszaleliśmy sobie i nie próżnowaliśmy, na szczęście pogoda była na tej dolnej granicy, ale na szczęście jej nie przekroczyła :) więc ogólnie było wspaniale, ale na kolejną rocznicę najchętniej wybrałabym się do Prowansji (nasza wymarzona wycieczka) albo do Wiednia na co najmniej tydzień (a nie na 2 doby...). Naszym największym odkryciem we Włodku było to, że woda w morzu jest zimna :P nie no, chodziło o zielone jabłuszko w żelu które sprzedawali do gofrów. Normalnie pychota, od razu się zakochaliśmy :D wystarczyło tylko pierwsze spojrzenie ;). No i betonowy pensjonat "Pod Brzozami" przy którym stała "dosyć" goła jedna brzoza :D zdjęcie na gronie ;)

Jak na wakacje to z małą ilością ludzi się spotkałam, więc trzeba trochę nadrobić. Może niedługo nadarzy się okazja do zobaczenia Trapeza, który mi mignął dosłownie przed oczami przed samym wyjazdem do Włoch z Tomaszem. Ogólnie chciałabym trochę powędrować przez ten wolny czas, ale nie mam z kim i nie mam gdzie, wszyscy zajęci ;). Trza coś wykombinować, chętni niech się zgłaszają :). No

Aha, jeśli ktoś by miał coś do mojego niejedzenia marchewek to już wyjaśniam. Otóż byłam u pani Białej (a dokładniej u Anny Bały) - dentystki i robiła mi fluorkowanie razem z pokrywaniem zębów czymś lepkim i pomarańczowym, co miało posmak marchewki. Jako że nie mogłam umyć zębów przez dobę ani jeść nic lepkiego, posmak ten miałam przez dobę, a nawet dłużej, bo to cholerstwo nawet po wyszorowaniu zębów dalej siedziało na nich. Po czymś takim każdy z Was by chyba marchewki na jakiś czas znienawidził.
komentarze [1]

:70: Kochankowie niebiańskiego sklepienia >> sobota, 19 maja 2007 23:31:15
On i Ona. A wokół nich pustka, cicha przestrzeń aż po sam horyzont. Oddaleni od siebie, lecz w wielkości wszechświata tak bliscy. Zupełnie oderwani od rzeczywistości, jakby doklejeni. Wpatrzeni w siebie świecą, jakby nie było nic ważniejszego w ich istnieniu. Świecą tak bardzo, że nie sposób ich przeoczyć, ale oni nie zwracają na to uwagi. Są pochłonięci sobą. Po prostu są. Dla siebie. Oddaleni, ale w innej odległości nie byłoby to już to samo. Osamotnieni, ale nie samotni. Piękni... Zadumani...
Tęsknota. Miłość. Przyjaźń. Smutek. Pożądanie. Jedność.
Warto było przeżyć cały dzień z bolącymi i łzawiącymi oczami i pękającą głową, wysłuchując banalnych rozmów rodziny, by w drodze powrotnej przez godzinę wpatrywać się uparcie w ten widok. Widok paraliżujący, zdumiewający, wciągający. Zbyt zadziwiający na szeroko otwarte oczy i opadniętą żuchwę. Po prostu trzeba było na to patrzeć. W takich chwilach przydałby się naprawdę dobry aparat i możliwość wyjścia w teren i przyglądanie się temu przez lunetę.
Po raz pierwszy - i pewnie ostatni - ujrzałam księżyc gołym okiem w trójwymiarze. Dokładnie wiedziałam, z której strony świeci słońce, chociaż nie było go widać. Ten cień pozostałej części był wręcz hipnotyzujący.
W taką noc jak ta rodzą się kolejni zakochani w gwiazdach, niebie, we wszechświecie. W taką noc jak ta rozumiem jak cudowna i zmienna jest ta przestrzeń. W taką noc jak ta istnieje tylko boskie piękno. I nic poza tym.
komentarze [3]

:70: kuniec z c.d. ;) >> piątek, 27 kwietnia 2007 21:10:06
czwartek, 7 lipca 2005

"Ostatni samuraj"
Kolejna nieprzespana noc z krótką przerwą na sen o rybach, zakończona porannymi scenariuszami, które tłoczą mi się w głowie chyba już z nudów... Dlatego może i dobrze, że wracam, ale z drugiej strony boję się tego, co zastanę, że będzie tak, jak podpowiada mi moja chora wyobraźnia. Dlatego się modlę...
I do tego jakaś wieśniara mi na ustach wyskoczyła, a ja żadnej maści ni mam... wrrr...

sobota, 9 lipca 2005

Właśnie sobie minęliśmy tira ze Strusiem Pędziwiatrem niosącym czerwone jajo na drzwiach :) Pierwsze tiry, jakie widzę, odkąd wyjechałam z domu, w Czechach ani jednego nie zobaczyłam. A wcześniej już zdążyłam jakiegoś czarnego przystojniaka spytać o drogę na autostradę (po której aktualnie jedziem). Ale to raczej nie jest taka autostrada jak do Chebu, gdzie na trasie 40km stoik ok. 3 burdeli, a po drodze widzi się cyganki, białe, stare, młode (nastki - 60-tki!). Boski widok po prostu. Do wyboru, do koloru. Jest 5 rano, a ja spać nie mogę, bo robię za pilota, bo stwierdziłam, że mi najłatwiej będzie połapać się w tych niemieckich nazwach. Jeszcze kilka takich ciężkich skrzyżowań, to może mi się w końcu przypomni, co to dokładnie jest "wohin" i jak się mówi pełnymi zdaniami, pytając o drogę :P. A widoki.. Jak tylko wjechaliśmy do Niemiec, to rozciągały się wszędzie pagórki, a horyzont był daaaleko za mgłą (ograniczenie do 100... hmmm...). Babcia już na początku się opróżniła, co wzbudziło moje najgorsze obawy, ale teraz sobie przysypia z reklamówką w ręku. Zresztą, komu chciałoby się rzygać na autostradzie? A te niemieckie drogi to są dobre... Wyjechaliśmy na jakąś poboczną, a ona taka gładziutka... Jeszcze lepsza niż na tym autobanie :P Bo tu trzęsie, dlatego tak koślawo piszę.
A co do tego przystojniaczka (który szedł z jakimś blondynkiem w okularkach i dziewczyną, ale tej dwójce się nie przyjrzałam) to w Czechach (bo pewnie to wszystkich głównie interere :P) ładnych chłopców to znalazłam tylko w obszernym katalogu mody (z fajnymi ciuchami), więc nawet nie było okazji żadnego ze sobą porwać :P. Jedyny przystojniak, jakiego spotkałam, to mój braciszek, ale on to się zjawi, jak sobie jakieś BMW sprawi :) To się nim pochwalę :P Bo fajny chłopak jest, ale ja go zawsze lubiłam :D
--------------

I na tym kończy się moje opowiadanie z pobytu w Czechach ;). Ech... Nibylandio.. gdzieś się podziała?... Trza zacząć poszukiwania Ciebie od nowa...

Ciężko mi się z deka pisze po piwie z Madzikiem (powtórzę raz jeszcze: za rzadko się widujemy :D) i dwóch lampkach białego Carlo Rossi z okazji dostania w rękę w końcu pozwolenia na budowę Syśki i Gotowego :))) (winko wyszło z mej skromnej inicjatywy ;) ). Tak więc pozostaje mi szukanie nowego łóżka do pokoju i zbierania kasy na wymianę powierzchni panelów zdartych przez obecnie przebywającą w moim pokoju kanapę, która przywędrowała z Żeroma :]
A jutro do Iwonki w końcu coś z włosami zrobić (o ile coś się da z nimi zrobić) i może pojadę do tego zadupia zwane Dajtki na ślub Gusi z Łysym, niestety z powodu braku miejsca, jeśli już, będę musiała się tam przemieścić autobusem... ale to się jeszcze zobaczy :]
A pogoda dzisiaj (warte zauważenia) po prostu była zajebiaszcza... 20 stopni na termometrze w cieniu po 9tej :)) szkoda, że już jutro słupek nie wzniesie się już tak wysoko. Ale ten dzień dzisiejszy spowodował, że gdybym miała więcej czasu, to zdecydowałabym się na założenie japonek :). Aczkolwiek strzały bólu w prawą stronę czoła trochę mnie niepokoją, bo ciśnienie niskie nie jest, ale ja to jak zawsze, coś dziwnego się ze mną dzieje i przejdzie pewnie tak jak wszystko ;)
Tak więc kończę te chaotyczne wynurzenia, bo nic tu mądrego nie wywnioskowałam :P Dobranoc wszystkim ;)
komentarze [1]

:69: c.d. 3 >> piątek, 6 kwietnia 2007 17:57:13
wtorek, 5 lipca 2005
"We were Soliders"

środa, 6 lipca 2005
Ale śpiąca jestem... Od trzech dni nie mogę spać. Najpierw nie mogłam, bo się okazało, że na drugi dzień mam usiąść i coś namalować... Normalnie czarna rozpacz mnie ogarnęła. Potem siedziałam nad płótnem i prawie ryczałam, bo się czułam tak maxymalnie nieszczęśliwa, że o matko... W końcu się wkurzyłam i coś tam namalowałam, ale się strasznie zmęczyłam, psychicznie najbardziej... W końcu "skończyłam" i poszłam se na podwórko, bo piękna pogoda była, to se w stroju trochę posiedziałam, coby brązu załapać. Oczywiście jestem na każdej części ciała inaczej beżowa, a co najdziwniejsze, brzuch mam ciemniejszy od nóg :P.
No i z tego niespania, to najpierw mi się na jawie śnił Andrzejek (na jawie, bo kontrolowałam trochę te sny) jak już mi się udało na chwilę zasnąć. A co było najgorsze, to w tym śnie Andrzej miał pełno żelu we włosach, tak ściągnięte do tyłu i był surferem... :| Siakieś dziwne... Aż się przestraszyłam :D. No, a dzisiaj nad ranem (w nocy spać nie mogłam, bo się wcześniej popołudniu spać położyłam, a potem leżałam i może całe szczęście, bo się ok. 1 w nocy taki deszcz zerwał, że wstałam i okno zamknęłam) to mi się śnił Koniu/Wierzchowiec (:P). Ja nie wiem :D. Ale to też był dziwny sen, a co najdziwniejsze dokładnie pamiętałam, jak wygląda, co mi się nawet w ciągu dnia nie zdarza. Mam jeszcze 2 dni, ciekawe, czy ktoś jeszcze mi się przyśni...
I sobie wstałam dzisiaj po 9, bo oczywiście spać nie mogłam, akurat mama miała iść mnie budzić, bo mieliśmy jechać do Mariańskich i Franciszkowskich <- pis. polska Lazni. Mieliśmy jechać wczoraj, ale deszcz padał. No i pojechaliśmy, jak David przyjechał, bo on znał drogę. I w tych Mariańskich Lazniach to o jaaa... To takie miasteczko, budynki to stare kamienice, odnowione, z ornamentami, pełno hoteli, restauracji, sklepów, park pełen kwiatów, fontanny, a wszystko okropnie drogie, bo to dla Niemców... A oni to tam siedzą i jedzą, piją i kupują te drożyzny. Ale jedyne, co zauważyłam, to to, że mają w tych Czechach fajne buty. No i se pomyślałam, że moze tu fajne trampki kupię (nie chcę być posądzona o małpowanie Wioli, bo u mnie pomysł na fajne trampki zrodził się już dawno temu). Ale pomyślałam, że jak coś, to gdzieś indziej, bo tam piwo to kosztowało 65 kč, w przeliczeniu to ok. 8.45 zł. Reszta była równie droga... Albo taki wysoki kieliszek z "miarką" kosztował 199 kč, ale babka w sklepie powiedziała, że to wszystko podrożało o 70%, bo jest ten, no... no wiecie...:P I jeszcze było tam takie coś, co troszeńkę przypominało sukiennice, czy coś, tam było pełno sklepów (o, przekroczyłam połowę zeszytu! :D), ale sufit był pomalowany, w konie i ludzi, bąbelki wody i jakieś twarze... super... i ciocia zamiast zrobić temu sklepieniu zdjęcie to zrobiła mi, jak stoję i się gapię do góry z rozdziawioną gębą :P.
(kurde, siusiu mi się chce, ale najpierw skończę)
Jak już wszystko obeszliśmy, to pojechaliśmy do Franciszkowskich Lazni. Hmm nazwa się wzięła stąd, że w parku na takiej wielkiej kuli siedzi sobie takie malutkie dziecko, bobasek - Franciszek i jak tam ludzie jeździli się kurować (ciocia tam była przez miesiąc) to kobiety, żeby zajść w ciążę, to chodziły i głaskały i całowały malutkie przyrodzenie dziecka :D Teraz to aż się błyszczy, jest wręcz złote, tak samo jak czubek malutkiego noska i paluszki u stóp. Ale normalnie, jak ktoś to opowiada, to mi się tak śmiać chce... :D W tych Lazniach to jest o wiele przestronniej, ciszej i jest mniej Niemców. Tam to właściwie są wielkie parki (z wiewiórkami jedzącymi z ręki) i jedna główna promenada. Jest tam ogromniaste kasyno z hotelem, gdzie restauracja ma szklaną podłogę, a pod nią ryby (widziałam przez drzwi) i olbrzymią jadalnię z miejscem dla orkiestry pod czymś takim półkolistym, jakby pod muszlą, wielkim żyrandolem i lustrami na całą wysokość sali z ramami czerwono-złotymi. Sklepów tam o wiele mniej, ale co zauważyłam w obydwóch "miasteczkach" to wystawy sklepowe są o wiele bogatsze niż nasze, takie w starym stylu, pasującym do tych kamienic. Trampek nie znalazłam, ale jutro mamy jechać do miasteczka Wietnamców, oni mają wszystko tańsze, to się zobaczy :).

---------------
Ponownie zakochałam się w trasie Olsztyn-Szczytno (albo jak kto woli Szczytno-Olsztyn)... Zresztą robię to chyba prawie za każdym razem gdy ją przemierzam, pociągiem czy samochodem...
Trzeba przyznać, że w szynobusach najlepsze jest to, że mają wielkie okna od sufitu do wysokości trochę powyżej kolan... Okna na świat....
I pomimo zmęczenia, bo spałam niecałe 6 godzin, cudownie tak patrzyło się na wiosenne krajobrazy.
Zmęczenie wywołane niewyspaniem, bo jak się na clubbing wybiera, to tak już jest, że się wcześnie nie wraca ;). Trasa: 9tka, prawie Klenczon, prawie Pompa, Agaton i jego fajne czerwone kanapy (przez które potem w nocy mi się śniło, że byłam na parafii, gdzie był klub i było dużo fajnych kanap :P). Tak więc trochę się nachodziłyśmy i przy okazji zaznaczyłyśmy swoje tereny pod 4ma drzewami przy drodze do Pompy :P
komentarze [3]

:68: c.d. 2 ;) >> poniedziałek, 2 kwietnia 2007 18:25:16
niedziela, 3 lipca
Jak mnie ręce bolą... 2 lata chyba nie siedziałam na rowerze, ale dzisiaj z ciocią się przejechałam, bo się okazało, że ona lubi sobie pojeździć. I co zrobiła Siędka? Oczywiście władowała się w rów zaraz za bramą, tylko zdążyła wyjechać... No tak, do czegoś takiego to po prostu trzeba mieć zdolności :P. Po prostu trzeba być mną :D.
Co do tego niemania planów dwa dni temu, to żeśmy sobie z mamą i ciotką zrobiły pedikir :P Lakier ze stóp to mi teraz ze dwa miechy nie będzie schodził, akurat na wakacje :).
(przerwa na pozostałą połówkę banana)
A wczoraj to przyjechał do nas David i pojechaliśmy wszyscy do jego i Jany mieszkania w Chodovie. David i Syśka to mogliby się ścigać, obydwoje lubią szybką jazdę :) A te ich mieszkanie... 1 pokój, łazienka, kuchnia i malutki przedpokoik, ale śliczniusio urządzony. Niby małe mieszkanko, ale bardzo przestronne. Posiedzieliśmy ze 2h, wypiłam se herbatkę z wielkiego, ciemnozielonego kubka, a potem jeszcze jakąś wódkę truskawkową i łyczka z ciemnej porzeczki. Takie rarytasy! :D I się jeszcze uśmiałam z Babci. Budulka zaopatrzyła się w butelki już kilka dni temu, potem jeszcze ciotka jej kilka kupiła i babcia Ana (mama cioci) też i Babcia się wkurzała, ze tyle tego już ma i kto to będzie pił :P Wszystko już pozawijała w papier i schowała gotowa do drogi w każdej chwili, a tu jeszcze David z Janą wyskakują z "prezentem" :D. Wszyscy w brecht, Babcia się zbulwersowała :D Rodzice też dostali, a ja kosmetyki Nivea :) Ale ta Jana to też fajna dziewczyna. Jako że David cały czas nawija, to ona się starać nie musi. Ale nieśmiała też nie jest. I naprawdę, przeciwko takiej bratowej to ja nic nie mam :)
(przerwa, bo mama woła)
Jak zwykle musiałam zająć się tym, czym zazwyczaj zajmuje się zawodowa kelnerka :P Ja tu się chyba zawodu wyuczę :D
Obrazy dla Syśki gotowe, dzisiaj z wujkiem się nastaliśmy 4h z krótką przerwą na obiad, ale 2 obrazy są, oczywiście ja tylko stałam i patrzyłam :) Bo co się będę mieszać? Rodzice jeszcze na 11 z babcią poszli do takiego kościółka tutaj, ale ksiądz z Kraslic nie przyjechał, bo byli tylko oni we trójkę chętni... Co za miasto :D
Dobra, idę na podwórko, głodna nie jestem w sumie, ale jakąś tam kanapkę z dziwną pastą zjeść mogę.
Przeczytałam 64 str. "Lalki" :D.

---------------
Jakie to szczęście, że mam Ciebie tutaj, że jesteś tak blisko... :* więc gdybyś miał zamiar uciekać gdzieś, to zabierz mnie ze sobą...
komentarze [1]

:67: wspomnień c.d. >> sobota, 24 marca 2007 17:13:52
Dzisiejszą datę warto zapamiętać, chociażby z tego względu, że pogoda poprawiła się diametralnie i już dzisiaj rano doszłam do wniosku, że zapomniałam, jak to jest latem ;)
Drugi powód to taki, że spełniłam marzenie Oli (co jej obiecałam na 18te urodziny) i pozwoliłam jej zrobić mi papiloty :P efektu raczej nie jesteście ciekawi :D

Co do wspomnień, chyba nie myśleliście, że poprzestanę na wcześniejszym wpisie ;>. Tak więc kontynuujemy...

piątek, 1 lipca 2005
No proszę, i mamy lipiec, a za oknami leje i leje... Ale po wczorajszym dniu i do tego można się przyzwyczaić :). Z malowania obrazu narazie nic nie wyszło, zrobiłam tylko jako taki szkic, a potem nakładałam płótno na ramy i je malowałam emulsją, coby zabezpieczyć i bardziej naprężyć. Fajna robota, chociaż na początku (jak wszystko) wyglądało to tragicznie. Teraz tylko wujek musi znaleźć czas. Ja tego czasu w przeciwieństwie do niego to mam od groma. Dwa ostatnie dni siedziałam i czytałam, czytałam i czytałam, aż w końcu wczoraj przed samą północą skończyłam wertować to wielkie, prawie 500-stronnicowe tomisko "Kodu Leonarda da Vinci". Już nie mogę się doczekać, żeby złapać gdzieś "Anioły i demony", skoro to pierwsze jest takie ciekawe. Naprawdę, wielu rzeczy się dowiedziałam, w życiu nie widziałam kryminału, w którym byłoby tyle wiadomości o symbolice, ikonografii i takie tam... (Babcia właśnie stwierdziła, że "deszcz znowu pada" Szokujące! :D)
W ogóle we łbie roi mi się od pytań, ale olać, przecież zaufanie w związku to podstawa. No i szczerość. Trzeba więc ufać, że jak zwykle histeryzuję i te obrazy w mojej głowie to objaw conajwyżej choroby psychicznej :P. Madzik Menda nie pisze mi, co ze spotkaniem, ale gdyby było dobrze, to chyba już bym wiedziała. A tak, to chcę czy nie chcę, muszę się martwić, a miałam tego nie robić, tutaj, miałam się zająć sobą i conajwyżej tęsknić. Póki co, idzie mi całkiem dobrze :). Tylko te niektóre sprawy... ("Ooo... leje!" - kolejny błyskotliwy wywód babci :P). O, a tak w ogóle. Hihi, może to i denerwujące, ale jak się popatrzy z innej strony ("O, o, dajcie spokój... normalnie leje" :D) to jest całkiem śmieszne. Siadamy se przy stole, wszyscy (czyli cała siódemka - "Siedmiu wspaniałych :D), i o czymś tam gadamy. I ktoś coś mówi, jest w środku wywodu, aż tu nagle babcia wyskakuje ze swoją opowieścią. I to jeszcze tak głośno, że mi uszy prawie pękają. Mi! ("Bo jak ja... ale ja... jak ja byłam na lotnisku w Heathrow.." :D) No i wszyscy w tej chwili cichną, normalnie w sekundę, bo Babci należy się szakuniec, nie? :P Tylko to nerwi, jak coś opowiadasz, a tu ci nagle się babcia wtrąca. Dlatego, żeby było śmieszniej, sposobem Konia, trzeba wyjść i popatrzeć sobie na to z boku. Tylko weź o tym pamiętaj :P.
Kurde, przez ten deszcz to mi wszystkie stokrotki pozamakają i zwiędną, albo coś. A tutaj na podwórku to jest ich od groma. Normalnie pola stokrotkowe, raj dla mnie jak nic :D. I w ogóle to ten deszcz jest chamski. Wybrałam się wczoraj z rodzicami i ciocią do Chodova na zakupy i odwiedzić Janę (laskę Davida). No i jedziem, deszczu jakoś nie widać, zajeżdżamy na parking przed sklepem i jak nie lunie! Dobrze, ze mieliśmy dwie parasolki, ale i tak mi siekło po ramionach, bo miałam bluzkę bez rękawków, bo ciepło było... Żeśmy se jakoś poradzili, Jany w pracy nie było, ale za to na szafce obok łóżka (na którym aktualnie siedzę) stoi 0,7 Beherovki :) Niach, niach. Pychota, szkoda, że se nie mogę teraz gardełku dogodzić, ale cierpliwości :P.
No i mamy południe, a ja nie mam żadnego planu na najbliższą przyszłość. Może i bym pomalowała, gdybym miała pewność, że nie zmarnuję płótna. A na takim stadium "zaawansowania" jak moje, to jest bardzo możliwe, dlatego wolę się trzymać z daleka. Może z tego wszystkiego zacznę tę nieszczęsną "Lalkę" czytać, ale to będzie wyglądało, jakbym niczego poza książkami nie widziała. Mnie to tam niewiele obchodzi, co ludzie pomyślą, ale pozory normalności możnaby zachowywać.
Dobra, coś się jeszcze wymyśli. O! A jeszcze w tym "Kodzie Leonarda da Vinci" się okazało, że tam rozdziały i pierwsze litery każdego z nich są napisane taką czcionką, jaką Dośce kartkę na urodziny wypisywałam :D Fajnie :D.
14:56 Hihi oryginalna 0,5-litrowa szklanka Gambrinusa stanęła właśnie dumnie koło Beherovki wraz z bliźniaczą siostrą, która już niedługo trafi w ręce Sylwii z zapasem tegoż właśnie piwa :)
"Białe piekło"
komentarze [0]

:66: bo myślę, wspominam... >> piątek, 9 marca 2007 13:31:00
Jako że ostatnio dosyć często wspominam wakacje sprzed dwóch lat i nadziwić się nie mogę, że to aż 2 lata (!) minęły od mojego ostatniego pobytu w Czechach, a mi się zdaje, jakby to było co najwyżej kilka miesięcy temu, postanowiłam zamieścić ("uwiecznić") tu moje wspomnienia spisane w zeszycie z Tygryskiem :)

wtorek, 28 czerwca 2005
Jako że obudziłam się względnie wcześnie, czyli o 9 rano, mogę coś tu napisać :)
Bo ja to właściwie nie mam zbytnio czasu na nic. Zaraz też muszę wstać, wykąpać się i iść przetrzepać wujkowi biurko w poszukiwaniu jakiegoś projektu na obraz dla siostry, a potem jakiś szkic zrobić. Ale po kolei :).
Podróż sama w sobie nie była strasznie męcząca. Moją babcię zmogło dopiro jak już byliśmy w Czechach i zjeżdżaliśmy z gór tymi zawijastymi drogami. Gdybym ja jeszcze miała tą chorobę to i ja bym nie wytrzymała :P. No po prostu droga-szaleństwo: 1 zakręt, a po 50 metrach kolejny i znowu... No, ale dało się przeżyć. Babcię potem tylko jeszcze raz odrzuciło, jak tata zaczął jechać na wstecznym, bo źle skręcił. Oj, wtedy to babcią zarzuciło porządnie i straciliśmy jakieś 10 min na sprzątanie samochodu i babci :P. Ale potem był spokój przynajmniej. Ja to jechałam i czekałam tylko, aż zobaczę moje pola chmielu, które zapamiętałam chyba najwyraźniej z całej poprzedniej podróży do Czech. Bo były one dla mnie znakiem, że zbliżamy się do domu. No i się doczekałam, jak zwykle zrobiły na mnie wrażenie. Bo se nikt nie może wyobrazić jak to wygląda :D. A ja się tu rozrysowywać nie będę, bo by mi kartek nie starczyło :D. Najlepsze było to, że jechaliśmy i była ładna pogoda, dopiero przy tych polach było widać w oddali zacinający deszcz, ale miałam nadzieję, że ominiemy… Jo, ominęliśmy. 20 ostatnich minut (z 17 godzin!) jechaliśmy w ulewie :D. Samiutka końcówka. Na szczęście burza (a może na nieszczęście) była trochę dalej, a błysków to może ze 2 widziałam. No i kurde zajechaliśmy, a ja w krótkich spodenkach i bluzce na ramiączka chciałam wyskoczyć, żeby bramę otworzyć, bo wujostwo se z domu nie chciało wyjść, ale mama mi zabroniła, bo widziała Dalasa stojącego i szczekającego i się bała, że się rzuci. A to jest dopiero psisko. Wielkie, kudłate, czarne jak węgiel. Jakby z piekła wyszedł, naprawdę. Jakiś wilczur francuski, kompletnie co innego niż poprzedni Dalas (wujek mówił, że litr koniaku wypił, jak chował tego pierwszego, z rozpaczy), mimo, że oba wilczury. Dobra, ja tu szczegółów opisywać nie będę, ale się okazało, że już nawet moja siostra zdążyła dzwonić, bo się martwiła, gdzie jesteśmy, wujkowi to ręce z nerwów chodziły, a David wkurzony pojechał do domu 20 min przed naszym przyjazdem, czyli równo o 22:00 :P. Zjedliśmy se kolację i około północy poszliśmy spać. Oczywiście schody chciało mi się wycałować, ale stwierdziłam, że jakby to wyglądało :P. Całe szczęście nic się tu nie zmieniło. Dom z zewnątrz jak zwykle obskurny, na ścianach tylko cegły i resztki tynku, ale w środku… Oj… To trzeba zobaczyć :D
Na dzień następny wstałam o 9, bo doszłam do wniosku, że się wyspałam, wykąpałam się porządnie, a potem… potem to hmm… Chyba cały dzień siedzieliśmy na zewnątrz pod takim „namiocikiem”, zapomniałam, jak to się zwie :D. Potem przyjechał jeszcze David z Janą (jego dziewczyną, z którą mieszka w Chodovie) i posiedzieliśmy tak do wieczora. Zimno z deczka było, to potem już w bluzie siedziałam. A przy kolacji… Czego to ja się nie dowiedziałam o pierwszym mężu mojej babci… Co z niego za sukinsyn był… Że też moja mama i wujek mieli takiego ojca… No gdyby nie upór babci to mojej mamy no i mnie i Sylwii by nie było… Po prostu szkoda mi słów… Takiego faceta to chyba do jednej z najgorszych kategorii trzeba zaliczyć, jakieś „pijaku skurwielus” czy coś takiego. O, i trza zaznaczyć, że jednak wujka nie przerosłam, czyli najwyższa w rodzinie nie jestem :). I znowu poszliśmy spać ok. 22.
I tak se pomyśleć. Niby wyspana byłam wcześniej, ale potem spałam do 11. Matko, tyle czasu marnować. No to wstałam, umyłam się, poszłam na dwór smsy spisywać, bo się ich naroiło przez te 2 dni :P. Potem był obiad, przyjechał wujek i mieliśmy iść oglądać „Łzy słońca” w wujaszkowym kinie domowym (efekty jak w Koperniku, przy czymś takim to nawet głuchy słyszy, co się dzieje :D), ale wpadł taki Duszan, to żeśmy się przenieśli do tej „altanki”, to potem wpadła kuzynka cioci z mężem. No i się okazało, że od środy koniec wolności tak jakby, bo przyjeżdżają jakieś 2 dziewczyny… (do tej kuzynki). Ja nie wiem, może ja jestem jakaś dziwna, ale nie lubię poznawać nowych ludzi wtedy, kiedy myślę tylko o wypoczynku umysłowym i odcięciu się od świata. Już nawet wymyślili, że ja tam nocować będę mogła (4km stąd), ale ja chcę nocować tylko tutaj i ja se na spacery chodzić mogę sama, nie potrzebuję towarzystwa, przyjechałam tu spędzić czas z rodziną, a nie z kolejnymi trzpiotkami z Polski uganiającymi się za facetami. Takich to ja mogę u siebie poszukać. Huehue, jaki bunt :D 18-latka się buntuje :D. Dobra, nieważne. Jakoś to będzie. Po 19 się wszyscy zmyli, to my poszliśmy posprzątać i obejrzeć ten film… Ślicznym film… O Kambodży, wojnie, rebeliantach… Straszny, ale śliczny… Ale i tak nic nie przewyższy „Zielonej Mili”.
Dobra, trza wstać, bo jeszcze miałam iść dzisiaj z tatą na kilkunastokilometrowy spacerek. Roboty mnie dziś od cholery czeka, ale dobrze :). Jak zwykle pewnie smsy i sygnały odbiorę dopiro wieczorem przed pójściem spać, o ile jakieś będą :P. O, i spiekłam se lewe udo tak, że nie mogę na nim leżeć, cholera. Ale się jeszcze wykuruję :).

komentarze [2]

:65: nieudany felieton ;) >> piątek, 16 lutego 2007 16:49:12
Tak żeby być chociaż trochę na bieżąco...
Walentynki... ogłoszone ok. półtora tysiąca lat temu przez jakiegoś papieża, a niektórzy nawet nie zdają sobie sprawy, że tak naprawdę obchodzą katolickie święto. Nie nowość, bo 1 maja w końcu jest świętem komunistycznym i mimo, że prawie wszyscy komunizmu nienawidzą, to przeciwko wolnemu w tym dniu nie mają absolutnie nic ;).
Walentynki.. święto, w którym nagle wszyscy są dla siebie mili, wszyscy wszystkich kochają. Nieśmiali mogą wyrazić swoje uczucia, tylko gorzej, jak się taki zwierzy komuś cynicznemu... wtedy uznane jest to za żart. Kobiety akurat jeśli zdobędą się na odwagę, też wolą trochę żartobliwą walentynkę wysłać, żeby potem nie wyjść na idiotkę czy kogoś tego pokroju. Samotnych oczywiście święto to tylko i wyłącznie dobija (o ile taki singiel nie cieszy się ze swojego stanu, wtedy ma z bani całą tę paradę serc). Czują się odrzuceni. Czemu nikt nie ustanowił np. ich święta? Oczywiście są jakieś tam starania, żeby ogłosić święto singli, ale nie jest jeszcze o tym aż tak głośno. Taki singiel ma święto 364 dni w roku... (i tu lepiej nie nazywać tych dni świętem, bo świętuje się zazwyczaj z kimś. No chyba, że jakieś spotkanko z innymi samotnymi, to już na pewno dodaje otuchy, w każdym razie można bez obawy pozrzędzić ;) ).
Czy nie można by mieć takich walentynek codziennie? Owszem, trudniej jest o wiele uśmiechać się do innych na co dzień, ale wysiłek ten jest wart efektów. Nie dość, że sami czujemy się lepiej, to i inni są ucieszeni, że ktoś w końcu się do nich uśmiechnął ot tak, bez powodu. Jeśli komuś to bardzo przeszkadza, to może sobie dla odmiany ustalić jeden dzień na świętowanie nienawiści? Cokolwiek lepiej, jakby obyłoby się bez tego, ale chyba w każdym istnieje taki chochlik, który ma czasami wielką ochotę wygarnąć innym, co o nich myśli ;). Więc cieszmy się sobą i kochajmy innych nie tylko jednego dnia...

W nocy w mojej głowie powstał o tym cały felieton, jednak nie chciało mi się ruszyć tyłka w środku nocy, żeby spisać myśli, dlatego wygląda tak jak wygląda.

I jeszcze jedno.
W takie dni jak ten chce się żyć :)
komentarze [3]

:64: :) >> wtorek, 9 stycznia 2007 11:40:49
Pół roku minęło jak jeden dzieeeeń...
Nie, nieprawda ;). Ale rzeczywiście, w ogóle nie czuje się upływu czasu... może to dlatego, że jest tak sielankowo, co nie znaczy, że nudno? Nudno? Absolutnie! :) sesesese naprawdę jest się z czego cieszyc. Że się jest. Razem. Ot tak. Ale to nie słowa przeznaczone do wglądu ogólnego, dlatego rozpisywac się nie będę ;> (więc po co w ogóle zaczęłam? jak zwykle :P)

W ogóle miałam tu już zajrzec podczas mojego pierwszego wolnego łikiendu od początku października, czyli łikiendu... przed świętami :D, zeby się pochwalic. Tak, OSW lubi swoich studentów i dba o to, aby nie nudzili się nawet wtedy, gdy mają wolne. Dlatego na imprezy zaczyna się chodzic w środy, czwartki (już zaczynam rozumiec, czemu większe impry typu Otrzęsiny i Andrzejki odbywały się w takich a nie innych dniach dniach, oczywiście pomijając koszty).

Ogolnie co tu dużo mówic... jest zawaliście, extra i w ogóle, mimo, że nie ma się czasu na spotkania z ludźmi (znaczy kto chce, to znajdzie, ale ja wolę jednak pouczyc się bezstresowo dzień przed kołem niż potem zmyślac na bierząco), piwo i temu podobne (dlatego podpijam sobie conieco z mojego pokojowego zestawiku pierwszej pomocy :P).

Oooooo, Sylwek.. Sylwek to jooooo! :) Nie zgrzeszę, jak powiem, że to było najlepsze wejście w nowy rok w moim życiu :D Nie zaliczyłam zgona tak jak na konferencji, byłam trzeźwa dopóki nie spóbowałam krupnika, a do tego wytrzymałam najdłużej, razem z 2ma chłopcami, ze wszystkich. Godne podziwu, trza przyznac. Może moją odpornośc wzmocniło chodzenie ukosem przez wiatry, jakie nas zastały w Trzymieście (wiatry typowo halne, serialnie, chodziłam z ciałem przekrzywionym o dobre 25 stopni, czyli prawie że na jednej nodze)? Kto to wie, w każdym razie... do mojej niemożności zaśnięcia nie tylko przyczyniły się ulewne powiewy i prozy wierszowane (głównie o prąciach... mężczyźni :P) owych 2ch panów, ale i twarda podłoga (bo kto śpi na podłodze, gdy ma łóżko wolne?...). A przygoda w łazience zostanie w pamięci chyba całej przebywającej tam 4ki ;).
Wiecie, że zdrada na oczach partnera potrafi byc przyjemna i nie przynosic negatywnych konsekwencji? :D:D:D
Jednym (kilkoma) słowami: JA CHCĘ JESZCZE RAZ! :D o!
komentarze [3]

:63: zmijawiście po prostu :) >> piątek, 10 listopada 2006 11:00:46
Ostatnio każda minuta ma znaczenie..

...czasami nawet sprowadza się to do sekund.




Otrzęsiny wypadły lepiej niż studniówka, z kosztami 10:450 zł. Wnioski? Łatwo wyciągnąc :>. rzecz sprawdzona - w kiblu zmieści się spokojnie 7 lasek i jeden chłop na "tronie" :D. A moja inteligentna mama pomiętoliła i wyrzuciła autograf Papusia do śmietnika.. Co za kobieta :P



"I ja wiem,(...)jak zlikwidowac papierosy, jak wszystko zlikwidowac" - to co zostanie? :P
"Od tego oni są, od tego so oni, od tego są" :D:D:D
(i ktoś się dziwi, że nie mieszam się do polityki :P)
komentarze [6]